środa, 6 grudnia 2017

Po dlugiej namowie i ze wstrętem

Kiedyś tam, nagłówek mojego bloga zdobił dopisek - Blog wolny od polityki. To było już jakiś czas temu. Kiedy jednak okazało się, że wszystko jest polityką, ów szlachetny dopisek usunąłem. Nie znaczy to jednak, że mój stosunek do polityków i polityki jako takiej zmienił się. 
Nie, myślę nadal to samo. Może nawet bardziej to samo niż kiedyś.

 
Ponoć oko nie ma kątów, a dupa kantów.
Ponoć 

czwartek, 30 listopada 2017

Wymierne korzyści

Nie dość, że pierwszy w tym roku śnieg spadł niczym zdrajca, zaskakując drogowców...
Nie nie zaskoczył, widziałem bowiem jeden pojazd, który sunął wśród tej śnieżno błotnej brei z pługiem podniesionym na wysokość około 20 cm. To 5 centów ponad plan bowiem wczoraj zapowiadali opady na poziomie do 15 cm.
Wracając zaś do tematu. Nie dość, że ślizgając się dotarłem do pracy z opóźnieniem, to tu czekały na mnie hiobowe wieści. Oto rząd chce niemal trzykrotnie podnieść podatek na prezerwatywy.
W końcu propagowane przez rząd króliki gumek nie używają i obcy jest im ten cały VAT, a o VAT właśnie tu idzie.
Stawka podatku VAT na prezerwatywy ma wzrosnąć z 8 do 23 proc. Podobna podwyżka czeka też inne grupy towarów - okulary przeciwsłoneczne, strzykawki, odciągacze do mleka, torebki na lód.
Jak zaznacza "Puls Biznesu", analogiczna podwyżka VAT miała też objąć smoczki dla dzieci. Rząd wycofał się jednak z tego pomysłu, bo uznał, że trudno odróżnić smoczki medyczne (do podawania leków) od tych do uspokajania dzieci.
Śmiała decyzja o wycofaniu się z wyższego VAT-u na smoczki z pewnością ucieszy panów niezbyt hojnie obdarzonych przez naturę, a posiadanie krótkiego penisa będzie miało od teraz całkiem wymierne korzyści. A jak ktoś dalej się wstydzi swego krótkiego przyjaciela to może nałożyć na nos przeciwsłoneczne okulary, ze zwiększoną niestety już stawką VAT-u.

piątek, 24 listopada 2017

Nie żebym się chwalił.

Nigdy nie reaguję na e-maile które zaczynają się od słów -  poznaj datę swojej śmierci.
Niechże będzie ona dla mnie niespodzianką i zaskoczeniem w świecie któremu coraz trudniej mnie zaskoczyć.
Nie doszukuję się chorób i nie przesadzam ze zdrowym trybem życia. Ot tak wszystko w statystycznej normie. Co więc podkusiło mnie bym zapoznał sie z treścią artykułu pod takim tytułem

Przeczytałem.
Chyba mogę już umierać.
Chcociaż tak bardzo to znowu mi się nie spieszy

poniedziałek, 20 listopada 2017

Antoni ! Jak mogłeś ?

Szanowni Państwo

Ponieważ plotki roznoszą się bardzo szybko, pragnę potwierdzić, że bohaterem artykułu w Internecie jest rzeczywiście ten sam Antoni, którego znacie z niniejszego bloga. 
Oto screen tytułu   




Co kierowało moim mężem?

Nie wiem

Wiem natomiast, że w wieku kilkunastu lat zastanawiał się nad swoim powołaniem.

Jesteśmy w stałym kontakcie z Policją i środowiskiem kościelnym.

O wszystkich nowych okolicznościach poinformuję w tym samym miejscu


Pozdrawiam


Anna Maria Relska 

A tutaj pełny tekst artykułu który ukazał sie w dziejszym wydaniu

59-letni Antoni Relski w przebraniu księdza spowiadał wiernych w kościele

Andrzej Malinowski 20 minut temu

Kraków. Mężczyzna został przesłuchany w związku z incydentem, którego miał dopuścić się w jednym z kościołów. Podszywając się pod księdza przez ponad dwie godziny spowiadał wiernych. Po przedstawieniu swojej wersji wydarzeń został zwolniony do domu.
Zgodnie z ustaleniami Antoni miał wejść do kościoła i głośno oznajmić zgromadzonym wiernym, że będzie udzielać spowiedzi, po czym zamknął się w konfesjonale. W tym czasie w nawie głównej posługi nie pełnił żaden ksiądz.
Mężczyznę zdemaskował jeden z ministrantów, który zauważył dziwne zachowania wiernych i powiadomił wikariusza. Ten wyprosił oszusta i zawiadomił policję. Do tego momentu jako fałszywy spowiednik zdążył już wysłuchać i nałożyć pokutę na ponad 20 penitentów.
Zadania, które nakładał za udzielenie rozgrzeszenia były sporym zaskoczeniem, lecz wierni wykonywali je bez słowa sprzeciwu. Jedni mieli podrzeć wszystkie pieniądze z portfela, inni leżeć przez godzinę krzyżem przed ołtarzem. Jeden z mężczyzn miał stać przed kościołem, powtarzając bez wytchnienia "lolololo" dopóki nie poczuje łaski Chrystusa. Staruszka zasłabła próbując pokonać cztery długości kościoła na kolanach.
Cześć z pokutników dostała zadania do wykonania w domu. Od jednej z kobiet zażądał nałożenia niebieskiej farby na włosy, chłopiec miał stać z Biblią na głowie, a staruszek wystukiwać przez godzinę łyżką na kaloryferze melodię z Ojca Mateusza. To tylko niektóre z pomysłów fałszywego kleryka.
Większość osób, tradycyjny zwyczajem, postanowiło od razu przystąpić do pokuty. Poszkodowani twierdzą, że Antoni był bardzo przekonujący. - Mówił jak ksiądz, przytaczał fragmenty z księgi - mówi Pan Wincent, wieloletni członek parafii. - Jednej z kobiet odmówił odpuszczenia grzechów, wystraszyliśmy się i robiliśmy wszystko co przykazał, jak na dobrych parafian przystało.
Władze kościelne domagają się ukarania sprawcy prowokacji z art. 196 k.k. za znieważenie miejsca przeznaczonego do wykonywania obrzędów religijnych, jednak mężczyzna stanowczo się temu sprzeciwia. Jak twierdzi nie może być mowy o zniewadze, bo jest członkiem Kościoła, kocha Chrystusa ponad wszystko, chce zostać klerykiem i po prostu zdobywał doświadczenie.
Dalszy ciąg sprawy zależy od decyzji prokuratury.

 

sobota, 11 listopada 2017

A już myślałem, że jestem za stary na egzamin


Moja miłość do motocykli jest znana, rodzinie, przyjaciołom i czytelnikom  tego bloga. Przecież ze szczegółami opisałem jak ta miłość rodziła się w bólach i jak dojrzewała do lipca 2015 roku, kiedy kupiłem nowiutki motocykl typu chopper o pojemności silnika 125 cm3. Dlaczego taki mały ? Z prozaicznego powodu braku uprawnień do kierowania większymi jednostkami.
Kto ciekaw tej historii tego zapraszam pod ten adres
Miłość do dwóch kółek okazała się odwzajemniona i w ciągu ostatnich dwóch lat przejechałem bez problemów ponad jedenaście tysięcy kilometrów.
Stare powiedzenie motocyklistów mówi – Z jazdą na motocyklu jest jak z piciem alkoholu. Zwykle zaczyna się od pięćdziesiątki, ale z czasem dochodzi się do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się od pół litra.
500 centymetrów sześciennych. Łatwo powiedzieć, tylko, że ja egzamin na prawo jazdy zdawałem ponad czterdzieści lat temu. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy z powodu pewnego drogowego przewinienia, pan policjant pouczył mnie, że złamałem przepis który obowiązuje w naszym kraju od 1991 roku.
- Przykro mi – odpowiedziałem – ale w 1991 to ja miałem już od 16 lat prawo jazdy.
- Może by warto odświeżyć wiedzę? - pomyślałem teraz i w tamtej chwili zatrzymania.
- W życiu bym się za to nie brał – odpowiadała część moich znajomych
- Za stary na to jestem - powtarzali inni jak na komendę.
I chyba ten powszechny strach przed zmianami w swoim życiu podziałał na mnie tak motywująco.
W końcu mam tak, że w okolicach okrągłych rocznic urodzin podejmuję decyzje które stawiają na głowie moje dotychczasowe życie.
I tak. Przed czterdziestką zmieniłem pracę, wyjeżdżając na długie 11 lat poza miejsce zamieszkania.
Przed pięćdziesiątką, po raz kolejny zmieniłem pracę chcąc zaspokoić ambicje. To mi się akurat nie opłaciło, ale wtedy też zacząłem prowadzić żywot blogera co przez dziewięć lat pozwalało poznać wielu ciekawych ludzi. Co prawda tylko wirtualnie przyjaźnie, ale nie można mieć wszystkiego naraz.
Teraz nieuchronna sześćdziesiątka zbliża się do drzwi, więc może by coś zmienić?
Kierując się doświadczeniem sprzed dekady, postanowiłem nie zmieniać pracy. Zamiast tego zapisałem się na kurs motocyklowy kategorii A.
E-learning tak nazywa się forma nauki teorii jaką wybrałem. Bez wysłuchiwania monotonnych wykładów, z nauką przez internet w chwili gdy mam na to ochotę.
Po pierwsze trzeba było nauczyć się wypełniania testów.
Tylko zajęcia z pierwszej pomocy odbyłem osobiście, ale los zgotował mi bonus bowiem do ćwiczeń praktycznych ze sztucznego oddychania i układania w pozycji bocznej bezpiecznej przydzielono mi jedyną dziewczynę z grupie.
Nie mówię tego w żadnych podtekstach starego satyra, a jedynie wspominam o wrażeniach estetycznych.
Pamiętam też, jaką gafę zaliczył prowadzący.
- Pan to pewnie odbył już wiele szkoleń – powiedział do mnie z uznaniem
- O tak, wiele – odpowiedziałem grzecznie.
- Pan na wyższą kategorię – stwierdził.
- Zdziwi się pan gdy powiem, że na niższą
- Na niższą ?
- No tak, na A
- Na A ???
- A czy myśli pan, że w moim wieku nie należy już realizować swoich marzeń? – spytałem, wiedząc że pogrążę młodziana w kłopotliwą sytuację.
Pogrążyłem. Rutyna górą.
Teorię zdałem bez problemu a z egzaminu wyszedłem jako drugi z kompletem punktów.
Pozostała mi tylko praktyka, ale byłem przecież po szkoleniu.
którą Dodatkowe przejechanie soft chopperem 11.000 km jawiło mi zdanie egzaminu zwykłą formalnością.
Wydawało mi się, tak to dobre określenie. Rzeczywistość nie była aż tak kolorowa.
Przy okazji okazało się, że korzystałem z nauki w takiej szkole, w której pobierano opłatę raczej za wynajęcie motocykla niż dobrą praktyczną naukę.
Pozostawiony sobie, kombinowałem więc na swój sposób, podglądając w desperacji technikę na filmikach z Youtuba.
Ustawodawca zarządzając taki a nie inny sposób egzaminu praktycznego miał pomysł, by stopień trudności zniechęcił lub odrzucił jak największą liczbę młodych ludzi.
Nikt w tym wszystkim nie pomyślał o ludziach dojrzałych, którzy przez cały tydzień, popołudniami polerują śrubki, by śmignąć w niedzielę po kościele te parę kilometrów po mieście.
Nie w głowie im 200 kilometrów na godzinę.
Nie pojadą szybko, ponieważ nikt nie zauważy wtedy efektów tygodniowego polerowania.
No to po co polerować jak nikt nie zauważy?
No cóż, mówią, że jest jeden kraj, jedna ojczyzna a więc i jedno egzaminacyjne sito. Z małymi oczkami.
Potknięcie egzaminacyjne wymusiło u mnie zmianę instruktora. Ktoś w końcu musiał mi pokazać czym się to tak naprawdę je.
Za drugim razem trafiłem bardzo dobrze.
Przez bite dwie godziny instruktor stał przy mnie, korygując, poprawiając i proponując zmiany.
Po pierwsze musiałem wyrzucić z głowy wszelkie naleciałości jakie przez jazdę małym motocyklem i kombinowanie na własną rękę z dużym, we łbie mi się nawarstwiły.
Przychodziło to z bólem, ponieważ o ile na spokojnie wszystko było w porządku, to w sytuacjach stresowych mózg reagował utartymi schematami. Brzdęk, linia, pachołek i do widzenia.
Mógłbym wyrzucić z siebie jeszcze ze trzy tysiące słów na ten temat, bo po pierwsze lubię motocykle, a poza tych kto nie lubi się pochwalić heroizmem, zwłaszcza własnym.
Powiem zaś tylko tyle, że udało mi się w końcu zmotywować, posprzątać w głowie i nabrać nowych nawyków. Efektem tego jest zaś to, że od kilku dni jestem pełnowartościowym członkiem motocyklowej społeczności.
Nikt już nie będzie śmiechów sobie z mojej 125-tki urządzał. Zero kompromisów.
Dlaczego nie będzie?
Jest takie powiedzenie – bez gwiazdy nie ma jazdy. W tym konkretnym przypadku chodzi o znaczek Mercedesa. To taka niepełna pacyfka wpisana w koło.
Moja to gwiazda pełną gębą. Od pewnego czasu czeka na  mnie w garażu i nazywa się Drag Star. Yamaha Drag Star 650. 

Sześćset pięćdziesiąt, a więc zdecydowanie powyżej przysłowiowego pół litra.
A zabawa? Trzeba będzie pewnie na nią zaczekać do przyszłego roku.
Warto jednak czekać, umilając sobie to czekanie polerowaniem chromów, a tych ci w Gwieździe nie brakuje. 
A moja miłość do Gwiazdy? Kiedyś Skaldowie śpiewali :" Nasza miłość jak wiatr halny". Tak to chyba coś takiego, bo przecież
                                         Nasza miłość jak wiatr halny
                                         zawsze zimą nas rozdziela,

sobota, 14 października 2017

Broda - epilog

Już nie wyglądam jak Clooney a i do Hemingwaya jest mi daleko.
Zgoliłem brodę niedługo po tym kiedy teściowa przestała mnie do tego namawiać.
Samo zapuszczanie jest kłopotliwe, bo przed sobą ma się trzy okresy. Najpierw czas nieświeżego wyglądu, jakby wczorajsza impreza mocno się przeciągnęła, a drżenie rąk uniemożliwiło golenie.
Potem to jakaś nałogowa tygodniówka, gdy wyglądem przypomina się już kloszarda. Wymodelowanie odpowiednio wzrosłej brody kończy ten etap i od teraz można usłyszeć, że ta broda cię postarza, albo dlaczego nie zapuściłeś jej wcześniej.
Zaspokoiłem ból niewiedzy i teoretycznie mógłbym wrócić do poprzedniego wyglądu, ale znalazłem w tej nowej sytuacji kilka pozytywów. Spędzałem mniej czasu w łazience, dzięki czemu mogłem później wstawać, albo dłużej celebrować śniadanie. Wybrałem celebrację.
Czułem własną dostojność, która tak zabawnie kolidowała z tym, że dalej mam popieprzone i szalone pomysły.
W czasie jazdy motocyklem wiatr, który do tej pory zgrabnie ześlizgiwał mi się po dokładnie wygolonej twarzy, teraz krążył w brodzie rozwiewając poszczególne włosy na boki. Wywoływało to dziwne odczucia do których nie mogłem się do końca przyzwyczaić.
Boże mój, jak więc jeżdżą chłopaki z ZZ Top ?
Pewnego słonecznego poranka, tak we czwartek, jednym pociągnięciem maszynki uczyniłem sporą wyrwę w mojej pielęgnowanej brodzie.
Ciach, ciach. Potem poszło szybko.
Idealnie ogolony zasiadłem przy stole. Zwyczajowo to ja każdego ranka przygotowuję śniadanie. W weekendy dla dwóch osób, a w tygodniu dla żony robię tylko kawę.
Kiedy zwabiła ją do stołu woń świeżo parzonej kawy, zająłem się smarowaniem grzanek i opowiadaniem czegoś tam z sensem lub bez, jak to co dzień.
Chwilę trwała ta nasza rozmowa, a ja dodatkowo wydłużałem ją by na koniec nieco złośliwie stwierdzić.
- To my jesteśmy już tak starym małżeństwem, że nie zauważamy zmian u siebie? Brodę zgoliłem.
- Boże, nie zauważyłam – powiedziała zgodnie z prawdą, nieco zmieszana  małżonka.
Śmiesznie. Wychodzi na to, że budujemy sobie jakiś obraz najbliższych i przez pryzmat tego obrazka patrzymy na nich w codziennych kontaktach.
Co prawda trudno mówić o teściowej, że to najbliższa osoba ale i ona nie zauważyła.
Ta orędowniczka golenia i wojowniczka z moją brodą przeszła obok gładkolicego zięcia i to bez komentarza.
Dopiero syn który wrócił po tygodniowej emigracji z domu, zapytał od progu
- Dlaczego?
- Tak sobie od niechcenia – odpowiedziałem.
Ponieważ zakupiłem maszynkę do pielęgnacji brody i nie wykorzystałem kosmetyków do jej pielęgnacji, zastrzegam sobie, że mogę do brody wrócić. Ot tak z poniedziałku na wtorek.

czwartek, 21 września 2017

Nim w kołowrotku pęknie nić

Dwudziesty września.
Boże, to ponad połowa miesiąca a właściwie nawet dwie trzecie.
Dopiero co dokonywałem on line cyklicznych płatności: gaz, prąd, woda, telewizja i internet. Dodatkowo jakieś tam inne i coś tam, coś tam.
Właśnie zapowiedział się kominiarz i diagnosta.
Woda spłynęła z rur i jakby dla równowagi zapełniło się szambo. Zamawiam „gównowóz” i myśl przewrotna już mi doskwiera, że dopiero co go zamawiałem. Taki standard, choć niczym Adaś Miauczyński w „Dniu Świra” widzę te dzieci w biednej, pozbawionej wody Afryce.
Żyję zbyt szybko, choć cały czas szukam jakiegoś dystansu.
Nie oglądam żądnych seriali w telewizji, żeby niewolniczo nie organizować sobie czasu na kolejny odcinek „Szpitala w dolinie” czy „Wspólnej kamienicy”. Nie chcę „Drugiej szansy” i „Pierwszego zauroczenia”.
Konsekwencją własnych wyborów jest brak możliwości dyskusji na forum i w czasie spotkań towarzyskich. O te jednak coraz trudniej, bo jakoś nikt nie ma czasu.
Kiedy z początkiem maja zrobiliśmy wraz z żoną plan przyjmowania gości, uwzględniający sympatie i antypatie wyszło, że powinienem grillować do końca listopada.
A wątrobę panie Dziejku mamy tylko jedną.
- Ale można grillować bez alkoholu.
- Oczywiście, że można. Ale po co ?


Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu *
Dzwoniła agentka od ubezpieczeń. Podjedzie jutro z polisą, którą trzeba szybko opłacić.
Kominiarz, bo już rok minął od ostatniego przeglądu komina. Przegląd komina a dokładnie zaświadczenie o jego czyszczeniu to nieodłączny element, którego żąda ubezpieczyciel w przypadku jakichś ( odpukać) kłopotów.
Ze nie mówili o tym przy ubezpieczeniu?
Dali napisane drobnym drukiem zasady ubezpieczeń? Ano dali i wszystko w temacie.
Kolejna rata podatku gruntowego, bo to obciążenie starostwo łaskawie dzieli na kilka części. Jedna z nich wypadła właśnie we wrześniu.
Nie mam czasu zamówić żwiru, aby przed jesienią zasypać dziury na drodze. W tych dziurach zbiera się deszcz i brudzi samochody.
Nie minie mnie to, a jak mawia Ferdek Kiepski – To nie są tanie rzeczy.
Nie minęło. Wczoraj kierowca wysypał czternaście ton kamienia do samodzielnego rozsypania.
Samodzielnego choć z sąsiadem.
Znajomi chcieli wpaść na drinka w porze rozsypywania żwiru na drodze.
Wystraszyli się, że mógłbym prosić ich o pomoc.
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. No to na razie nie mam jeszcze szans na ich poznanie. Piszę bowiem tutaj nie o braku środków finansowych, a o szybkim upływie czasu który powoduje, że owe cykliczne płatności tworzą jakąś szaloną karuzelę.
Z drugiej strony jakiś niespodziewany „kufereczek stóweczek” też by nie zaszkodził.
- Mogliby zadzwonić do mnie z radia, że wygrałem.
- Wysłałeś SMS-a do radia?
- Co Ty, nie miałem czasu
- To daj bogu szansę i wyślij!

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić
Na pytanie - mieć czy być ? już dawno sobie odpowiedziałem
Trzeba mieć bo wtedy łatwiej być
Niestety, idealistycznie zbyt długo wierzyłem w to, że wystarczy być.
W zasadzie to „być” interesuje tylko ZUS , ale wyłącznie do czasu gdy może pobierać składki z „mieć”.
Potem, moje „być” to tylko obciążenie. Mówiąc wulgarnie to wrzód na dupie

Już nie chce z nikim ścigać się, z sił opadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu
I gdyby tak dawali urlop od takiego pospiesznego życia,

Maryla namawiała kiedyś śpiewająco że najlepiej to :

Uciec pociągiem od przyjaciół,
Wrogów, rachunków, telefonów.
Nie trzeba długo się namyślać,
Wystarczy tylko wybiec z domu.**

No właśnie. Tylko najtrudniejszy ten pierwszy krok zanim innych zrobisz sto.
I jakie cholerne, nieopisane jest ryzyko takiego postępowania.
Szef w szpetnym uśmiechu krzywi się, że chcesz wyskoczyć na pół godziny przed zakończeniem pracy. Z drugiej strony ten sam szef nie ma nic przeciwko temu, że wpadasz do pracy na godzinę przed jej rozpoczęciem bo tak pasuje Panu kontrahentowi.
To jakby nie ma związku i się nie sumuje. W końcu praca jaką posiadasz powinna być dla ciebie największą wartością.
Jak w takim razie zachowałby się szef, gdyby zobaczył mnie z zielonym kamieniem trzymanym w dłoni?
I co ty człowieku chcesz zrobić z tymczasem co stanie?
Z tym światem co się zatrzyma ?
Z kalendarzami które nie zmienią daty?
Jak to co ? Zwariuję.
Tylko jeszcze nie wiem, czy ze szczęścia czy z nudów?. Bo ja już chyba nie potrafię żyć wolno, tak jak nie umiem leniwie wypoczywać.
- Co chciałbyś robić w tym beztroskim lenistwie - pytała żona gdy wyjawiłem jej swój pomysł na życie
- Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd. Gapić się na dziury w niebie. Jak najdłużej kochać ciebie Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków i nocy. - odpowiedziałem słowami piosenki
Chyba spodobało jej się przynajmniej kilka pomysłów, ale zaraz stanęły też przed oczami rachunki, które spłynęły falą na naszą skrzynkę mailową.
- To ty może praktykuj lenistwo rotacyjne
- To znaczy?
Leżysz pod gruszą na dowolnie wybranym boku, wyłącznie w co drugą niedzielę po 16.00.
Dziury w niebie obserwujesz w niedziele wypadające pomiędzy leżeniem pod gruszą.
W jednym i drugim przypadku możesz zaś trzymać w ręce ten zielony kamyk.
- Kamyk zielony.
- W zasadzie to z tym kamykiem jest najmniejszy problem, Możesz go zabierać ze sobą do pracy. Może wtedy zmieni ci się nastawienie.
- Kochanie, na Ciebie zawsze mogę liczyć - odpowiedziałem
Podejrzewam, że jak kiedyś stanę u nieba bram – zakładam to trochę nieskromnie - to Pan spojrzy na mnie i powie :
- Wiesz, nie ma tu dla ciebie żadnej chmurki do wylegiwania się. Wiem dobrze, że ty i tak nie umiesz tak wypoczywać. Tu masz torbę z narzędziami. Widzisz niebo ma już parę milionów lat. Tu coś wieje tam coś przecieka. Pójdziesz i tak dla relaksu i oczywiście bez „napinki”, tu stukniesz, tu pukniesz a tam dodatkowo przeszlifujesz. 
-Taaaa...
Ale póki co żyjemy - jak pisał poeta - a więc póki co nadal

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
gubiąc wątek i dni
a jakiś bies wciąż powtarza mi prędzej