sobota, 11 listopada 2017

A już myślałem, że jestem za stary na egzamin


Moja miłość do motocykli jest znana, rodzinie, przyjaciołom i czytelnikom  tego bloga. Przecież ze szczegółami opisałem jak ta miłość rodziła się w bólach i jak dojrzewała do lipca 2015 roku, kiedy kupiłem nowiutki motocykl typu chopper o pojemności silnika 125 cm3. Dlaczego taki mały ? Z prozaicznego powodu braku uprawnień do kierowania większymi jednostkami.
Kto ciekaw tej historii tego zapraszam pod ten adres
Miłość do dwóch kółek okazała się odwzajemniona i w ciągu ostatnich dwóch lat przejechałem bez problemów ponad jedenaście tysięcy kilometrów.
Stare powiedzenie motocyklistów mówi – Z jazdą na motocyklu jest jak z piciem alkoholu. Zwykle zaczyna się od pięćdziesiątki, ale z czasem dochodzi się do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się od pół litra.
500 centymetrów sześciennych. Łatwo powiedzieć, tylko, że ja egzamin na prawo jazdy zdawałem ponad czterdzieści lat temu. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy z powodu pewnego drogowego przewinienia, pan policjant pouczył mnie, że złamałem przepis który obowiązuje w naszym kraju od 1991 roku.
- Przykro mi – odpowiedziałem – ale w 1991 to ja miałem już od 16 lat prawo jazdy.
- Może by warto odświeżyć wiedzę? - pomyślałem teraz i w tamtej chwili zatrzymania.
- W życiu bym się za to nie brał – odpowiadała część moich znajomych
- Za stary na to jestem - powtarzali inni jak na komendę.
I chyba ten powszechny strach przed zmianami w swoim życiu podziałał na mnie tak motywująco.
W końcu mam tak, że w okolicach okrągłych rocznic urodzin podejmuję decyzje które stawiają na głowie moje dotychczasowe życie.
I tak. Przed czterdziestką zmieniłem pracę, wyjeżdżając na długie 11 lat poza miejsce zamieszkania.
Przed pięćdziesiątką, po raz kolejny zmieniłem pracę chcąc zaspokoić ambicje. To mi się akurat nie opłaciło, ale wtedy też zacząłem prowadzić żywot blogera co przez dziewięć lat pozwalało poznać wielu ciekawych ludzi. Co prawda tylko wirtualnie przyjaźnie, ale nie można mieć wszystkiego naraz.
Teraz nieuchronna sześćdziesiątka zbliża się do drzwi, więc może by coś zmienić?
Kierując się doświadczeniem sprzed dekady, postanowiłem nie zmieniać pracy. Zamiast tego zapisałem się na kurs motocyklowy kategorii A.
E-learning tak nazywa się forma nauki teorii jaką wybrałem. Bez wysłuchiwania monotonnych wykładów, z nauką przez internet w chwili gdy mam na to ochotę.
Po pierwsze trzeba było nauczyć się wypełniania testów.
Tylko zajęcia z pierwszej pomocy odbyłem osobiście, ale los zgotował mi bonus bowiem do ćwiczeń praktycznych ze sztucznego oddychania i układania w pozycji bocznej bezpiecznej przydzielono mi jedyną dziewczynę z grupie.
Nie mówię tego w żadnych podtekstach starego satyra, a jedynie wspominam o wrażeniach estetycznych.
Pamiętam też, jaką gafę zaliczył prowadzący.
- Pan to pewnie odbył już wiele szkoleń – powiedział do mnie z uznaniem
- O tak, wiele – odpowiedziałem grzecznie.
- Pan na wyższą kategorię – stwierdził.
- Zdziwi się pan gdy powiem, że na niższą
- Na niższą ?
- No tak, na A
- Na A ???
- A czy myśli pan, że w moim wieku nie należy już realizować swoich marzeń? – spytałem, wiedząc że pogrążę młodziana w kłopotliwą sytuację.
Pogrążyłem. Rutyna górą.
Teorię zdałem bez problemu a z egzaminu wyszedłem jako drugi z kompletem punktów.
Pozostała mi tylko praktyka, ale byłem przecież po szkoleniu.
którą Dodatkowe przejechanie soft chopperem 11.000 km jawiło mi zdanie egzaminu zwykłą formalnością.
Wydawało mi się, tak to dobre określenie. Rzeczywistość nie była aż tak kolorowa.
Przy okazji okazało się, że korzystałem z nauki w takiej szkole, w której pobierano opłatę raczej za wynajęcie motocykla niż dobrą praktyczną naukę.
Pozostawiony sobie, kombinowałem więc na swój sposób, podglądając w desperacji technikę na filmikach z Youtuba.
Ustawodawca zarządzając taki a nie inny sposób egzaminu praktycznego miał pomysł, by stopień trudności zniechęcił lub odrzucił jak największą liczbę młodych ludzi.
Nikt w tym wszystkim nie pomyślał o ludziach dojrzałych, którzy przez cały tydzień, popołudniami polerują śrubki, by śmignąć w niedzielę po kościele te parę kilometrów po mieście.
Nie w głowie im 200 kilometrów na godzinę.
Nie pojadą szybko, ponieważ nikt nie zauważy wtedy efektów tygodniowego polerowania.
No to po co polerować jak nikt nie zauważy?
No cóż, mówią, że jest jeden kraj, jedna ojczyzna a więc i jedno egzaminacyjne sito. Z małymi oczkami.
Potknięcie egzaminacyjne wymusiło u mnie zmianę instruktora. Ktoś w końcu musiał mi pokazać czym się to tak naprawdę je.
Za drugim razem trafiłem bardzo dobrze.
Przez bite dwie godziny instruktor stał przy mnie, korygując, poprawiając i proponując zmiany.
Po pierwsze musiałem wyrzucić z głowy wszelkie naleciałości jakie przez jazdę małym motocyklem i kombinowanie na własną rękę z dużym, we łbie mi się nawarstwiły.
Przychodziło to z bólem, ponieważ o ile na spokojnie wszystko było w porządku, to w sytuacjach stresowych mózg reagował utartymi schematami. Brzdęk, linia, pachołek i do widzenia.
Mógłbym wyrzucić z siebie jeszcze ze trzy tysiące słów na ten temat, bo po pierwsze lubię motocykle, a poza tych kto nie lubi się pochwalić heroizmem, zwłaszcza własnym.
Powiem zaś tylko tyle, że udało mi się w końcu zmotywować, posprzątać w głowie i nabrać nowych nawyków. Efektem tego jest zaś to, że od kilku dni jestem pełnowartościowym członkiem motocyklowej społeczności.
Nikt już nie będzie śmiechów sobie z mojej 125-tki urządzał. Zero kompromisów.
Dlaczego nie będzie?
Jest takie powiedzenie – bez gwiazdy nie ma jazdy. W tym konkretnym przypadku chodzi o znaczek Mercedesa. To taka niepełna pacyfka wpisana w koło.
Moja to gwiazda pełną gębą. Od pewnego czasu czeka na  mnie w garażu i nazywa się Drag Star. Yamaha Drag Star 650. 

Sześćset pięćdziesiąt, a więc zdecydowanie powyżej przysłowiowego pół litra.
A zabawa? Trzeba będzie pewnie na nią zaczekać do przyszłego roku.
Warto jednak czekać, umilając sobie to czekanie polerowaniem chromów, a tych ci w Gwieździe nie brakuje. 
A moja miłość do Gwiazdy? Kiedyś Skaldowie śpiewali :" Nasza miłość jak wiatr halny". Tak to chyba coś takiego, bo przecież
                                         Nasza miłość jak wiatr halny
                                         zawsze zimą nas rozdziela,

sobota, 14 października 2017

Broda - epilog

Już nie wyglądam jak Clooney a i do Hemingwaya jest mi daleko.
Zgoliłem brodę niedługo po tym kiedy teściowa przestała mnie do tego namawiać.
Samo zapuszczanie jest kłopotliwe, bo przed sobą ma się trzy okresy. Najpierw czas nieświeżego wyglądu, jakby wczorajsza impreza mocno się przeciągnęła, a drżenie rąk uniemożliwiło golenie.
Potem to jakaś nałogowa tygodniówka, gdy wyglądem przypomina się już kloszarda. Wymodelowanie odpowiednio wzrosłej brody kończy ten etap i od teraz można usłyszeć, że ta broda cię postarza, albo dlaczego nie zapuściłeś jej wcześniej.
Zaspokoiłem ból niewiedzy i teoretycznie mógłbym wrócić do poprzedniego wyglądu, ale znalazłem w tej nowej sytuacji kilka pozytywów. Spędzałem mniej czasu w łazience, dzięki czemu mogłem później wstawać, albo dłużej celebrować śniadanie. Wybrałem celebrację.
Czułem własną dostojność, która tak zabawnie kolidowała z tym, że dalej mam popieprzone i szalone pomysły.
W czasie jazdy motocyklem wiatr, który do tej pory zgrabnie ześlizgiwał mi się po dokładnie wygolonej twarzy, teraz krążył w brodzie rozwiewając poszczególne włosy na boki. Wywoływało to dziwne odczucia do których nie mogłem się do końca przyzwyczaić.
Boże mój, jak więc jeżdżą chłopaki z ZZ Top ?
Pewnego słonecznego poranka, tak we czwartek, jednym pociągnięciem maszynki uczyniłem sporą wyrwę w mojej pielęgnowanej brodzie.
Ciach, ciach. Potem poszło szybko.
Idealnie ogolony zasiadłem przy stole. Zwyczajowo to ja każdego ranka przygotowuję śniadanie. W weekendy dla dwóch osób, a w tygodniu dla żony robię tylko kawę.
Kiedy zwabiła ją do stołu woń świeżo parzonej kawy, zająłem się smarowaniem grzanek i opowiadaniem czegoś tam z sensem lub bez, jak to co dzień.
Chwilę trwała ta nasza rozmowa, a ja dodatkowo wydłużałem ją by na koniec nieco złośliwie stwierdzić.
- To my jesteśmy już tak starym małżeństwem, że nie zauważamy zmian u siebie? Brodę zgoliłem.
- Boże, nie zauważyłam – powiedziała zgodnie z prawdą, nieco zmieszana  małżonka.
Śmiesznie. Wychodzi na to, że budujemy sobie jakiś obraz najbliższych i przez pryzmat tego obrazka patrzymy na nich w codziennych kontaktach.
Co prawda trudno mówić o teściowej, że to najbliższa osoba ale i ona nie zauważyła.
Ta orędowniczka golenia i wojowniczka z moją brodą przeszła obok gładkolicego zięcia i to bez komentarza.
Dopiero syn który wrócił po tygodniowej emigracji z domu, zapytał od progu
- Dlaczego?
- Tak sobie od niechcenia – odpowiedziałem.
Ponieważ zakupiłem maszynkę do pielęgnacji brody i nie wykorzystałem kosmetyków do jej pielęgnacji, zastrzegam sobie, że mogę do brody wrócić. Ot tak z poniedziałku na wtorek.

czwartek, 21 września 2017

Nim w kołowrotku pęknie nić

Dwudziesty września.
Boże, to ponad połowa miesiąca a właściwie nawet dwie trzecie.
Dopiero co dokonywałem on line cyklicznych płatności: gaz, prąd, woda, telewizja i internet. Dodatkowo jakieś tam inne i coś tam, coś tam.
Właśnie zapowiedział się kominiarz i diagnosta.
Woda spłynęła z rur i jakby dla równowagi zapełniło się szambo. Zamawiam „gównowóz” i myśl przewrotna już mi doskwiera, że dopiero co go zamawiałem. Taki standard, choć niczym Adaś Miauczyński w „Dniu Świra” widzę te dzieci w biednej, pozbawionej wody Afryce.
Żyję zbyt szybko, choć cały czas szukam jakiegoś dystansu.
Nie oglądam żądnych seriali w telewizji, żeby niewolniczo nie organizować sobie czasu na kolejny odcinek „Szpitala w dolinie” czy „Wspólnej kamienicy”. Nie chcę „Drugiej szansy” i „Pierwszego zauroczenia”.
Konsekwencją własnych wyborów jest brak możliwości dyskusji na forum i w czasie spotkań towarzyskich. O te jednak coraz trudniej, bo jakoś nikt nie ma czasu.
Kiedy z początkiem maja zrobiliśmy wraz z żoną plan przyjmowania gości, uwzględniający sympatie i antypatie wyszło, że powinienem grillować do końca listopada.
A wątrobę panie Dziejku mamy tylko jedną.
- Ale można grillować bez alkoholu.
- Oczywiście, że można. Ale po co ?


Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu *
Dzwoniła agentka od ubezpieczeń. Podjedzie jutro z polisą, którą trzeba szybko opłacić.
Kominiarz, bo już rok minął od ostatniego przeglądu komina. Przegląd komina a dokładnie zaświadczenie o jego czyszczeniu to nieodłączny element, którego żąda ubezpieczyciel w przypadku jakichś ( odpukać) kłopotów.
Ze nie mówili o tym przy ubezpieczeniu?
Dali napisane drobnym drukiem zasady ubezpieczeń? Ano dali i wszystko w temacie.
Kolejna rata podatku gruntowego, bo to obciążenie starostwo łaskawie dzieli na kilka części. Jedna z nich wypadła właśnie we wrześniu.
Nie mam czasu zamówić żwiru, aby przed jesienią zasypać dziury na drodze. W tych dziurach zbiera się deszcz i brudzi samochody.
Nie minie mnie to, a jak mawia Ferdek Kiepski – To nie są tanie rzeczy.
Nie minęło. Wczoraj kierowca wysypał czternaście ton kamienia do samodzielnego rozsypania.
Samodzielnego choć z sąsiadem.
Znajomi chcieli wpaść na drinka w porze rozsypywania żwiru na drodze.
Wystraszyli się, że mógłbym prosić ich o pomoc.
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. No to na razie nie mam jeszcze szans na ich poznanie. Piszę bowiem tutaj nie o braku środków finansowych, a o szybkim upływie czasu który powoduje, że owe cykliczne płatności tworzą jakąś szaloną karuzelę.
Z drugiej strony jakiś niespodziewany „kufereczek stóweczek” też by nie zaszkodził.
- Mogliby zadzwonić do mnie z radia, że wygrałem.
- Wysłałeś SMS-a do radia?
- Co Ty, nie miałem czasu
- To daj bogu szansę i wyślij!

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić
Na pytanie - mieć czy być ? już dawno sobie odpowiedziałem
Trzeba mieć bo wtedy łatwiej być
Niestety, idealistycznie zbyt długo wierzyłem w to, że wystarczy być.
W zasadzie to „być” interesuje tylko ZUS , ale wyłącznie do czasu gdy może pobierać składki z „mieć”.
Potem, moje „być” to tylko obciążenie. Mówiąc wulgarnie to wrzód na dupie

Już nie chce z nikim ścigać się, z sił opadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu
I gdyby tak dawali urlop od takiego pospiesznego życia,

Maryla namawiała kiedyś śpiewająco że najlepiej to :

Uciec pociągiem od przyjaciół,
Wrogów, rachunków, telefonów.
Nie trzeba długo się namyślać,
Wystarczy tylko wybiec z domu.**

No właśnie. Tylko najtrudniejszy ten pierwszy krok zanim innych zrobisz sto.
I jakie cholerne, nieopisane jest ryzyko takiego postępowania.
Szef w szpetnym uśmiechu krzywi się, że chcesz wyskoczyć na pół godziny przed zakończeniem pracy. Z drugiej strony ten sam szef nie ma nic przeciwko temu, że wpadasz do pracy na godzinę przed jej rozpoczęciem bo tak pasuje Panu kontrahentowi.
To jakby nie ma związku i się nie sumuje. W końcu praca jaką posiadasz powinna być dla ciebie największą wartością.
Jak w takim razie zachowałby się szef, gdyby zobaczył mnie z zielonym kamieniem trzymanym w dłoni?
I co ty człowieku chcesz zrobić z tymczasem co stanie?
Z tym światem co się zatrzyma ?
Z kalendarzami które nie zmienią daty?
Jak to co ? Zwariuję.
Tylko jeszcze nie wiem, czy ze szczęścia czy z nudów?. Bo ja już chyba nie potrafię żyć wolno, tak jak nie umiem leniwie wypoczywać.
- Co chciałbyś robić w tym beztroskim lenistwie - pytała żona gdy wyjawiłem jej swój pomysł na życie
- Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd. Gapić się na dziury w niebie. Jak najdłużej kochać ciebie Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków i nocy. - odpowiedziałem słowami piosenki
Chyba spodobało jej się przynajmniej kilka pomysłów, ale zaraz stanęły też przed oczami rachunki, które spłynęły falą na naszą skrzynkę mailową.
- To ty może praktykuj lenistwo rotacyjne
- To znaczy?
Leżysz pod gruszą na dowolnie wybranym boku, wyłącznie w co drugą niedzielę po 16.00.
Dziury w niebie obserwujesz w niedziele wypadające pomiędzy leżeniem pod gruszą.
W jednym i drugim przypadku możesz zaś trzymać w ręce ten zielony kamyk.
- Kamyk zielony.
- W zasadzie to z tym kamykiem jest najmniejszy problem, Możesz go zabierać ze sobą do pracy. Może wtedy zmieni ci się nastawienie.
- Kochanie, na Ciebie zawsze mogę liczyć - odpowiedziałem
Podejrzewam, że jak kiedyś stanę u nieba bram – zakładam to trochę nieskromnie - to Pan spojrzy na mnie i powie :
- Wiesz, nie ma tu dla ciebie żadnej chmurki do wylegiwania się. Wiem dobrze, że ty i tak nie umiesz tak wypoczywać. Tu masz torbę z narzędziami. Widzisz niebo ma już parę milionów lat. Tu coś wieje tam coś przecieka. Pójdziesz i tak dla relaksu i oczywiście bez „napinki”, tu stukniesz, tu pukniesz a tam dodatkowo przeszlifujesz. 
-Taaaa...
Ale póki co żyjemy - jak pisał poeta - a więc póki co nadal

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
gubiąc wątek i dni
a jakiś bies wciąż powtarza mi prędzej



wtorek, 16 maja 2017

Raz na wozie, raz .... a może więcej niż raz

- O kurwa ale leje – powiedziałem do siebie i sam zaraz zganiłem się za to przekleństwo.
- A nie, dobrze - pomimo wczesnej godziny skierowałem myśli na właściwy tor. Tak, pozwalam sobie na przekleństwa i wulgaryzmy. Rozgrzeszam się nawet z tego powodu od czasu gdy przeczytałem tekst zatytułowany - „Przeklinający ludzie są uczciwsi i zdolni do większego wysiłku.”
Naukowcy przetestowali potęgę wulgaryzmów na siłowni gdzie teraz i we wcześniej prowadzonych eksperymentach wiązano przeklinanie z rozmaitymi tendencjami – wyższym progiem odporności na ból oraz z... uczciwością.
Tak ! Osoby często używające przekleństw są bardziej szczere od innych (co potwierdzono na próbie 276 uczestników).
Nie denerwuję się teraz, ani nie obrażam słysząc przysłowiową „ panienkę ”na ulicy.
Zgodnie z myślą przewodnią artykułu, ktoś niewątpliwie demonstruje w ten sposób swoją uczciwość, a także próbuje sprostać wyzwaniom, wymagającym wzmożonej siły!
A czy ja nie próbuję sprostać wyzwaniom?
Jako mężczyzna w pewnym wieku, a dodatkowo jak to określiła medycyna „znajdujący się w grupie ryzyka” postanowiłem poddać się pewnemu kłopotliwemu badaniu.
To znaczy poddałem się mu po raz pierwszy jakieś dziesięć lat temu, a zamieszczona wtedy w opisie sugestia – kontrola za dziesięć lat – wydawała mi się tak nierealną przyszłością, że zachłysnąłem się wolnością na swój sposób.
Zycie jednak gna ( szczególnie po pięćdziesiątce) albo jak kto woli jak ten czas co w miejscu nie stoi. Pod koniec ubiegłego roku moja wspaniała żona przypominała mi o swoich obowiązkach wobec siebie i rodziny.
Wyznaczony termin badania na maj 2017 roku też wydawał mi się nieco odległy, choć dla innych, nawykłych w zmaganiach ze służba zdrowia było to już za siedem miesięcy.
Jakieś fatum zawisło jednak nad moim uczciwym stosunkiem do badania. Najpierw zepsuł mi się samochód, a na nową część przyszło niestety poczekać.
- Zrobię na piątek po południu – obiecał mechanik, choć dla mnie ten termin przydawał się już tylko psu na budę, bo zgodnie z planem miało być już „po herbacie” czyli po badaniu.
- Mam jeszcze motocykl – mój wspaniały umysł, podpowiadał mi rozwiązanie, ciotka nadzieja szeptała zaś w czasie prognozy pogody – nie wierz im, nie wierz. Sprawdzalność pogody to tylko osiemdziesiąt trzy procent.
- Sto procent – przyznałem, spoglądając przez okno o szóstej rano.
- Do ósmej się wypogodzi – podpowiadała ciotka nadzieja. Nie wypogodziło się niestety.
- Pojadę póki nie pada, tyle razy już się udawało – powiedziałem do żony dopinając skórę. Zawiązałem bandankę i pocałowałem ją na do widzenia.
Deszcz zaczął ponownie kropić już kiedy dojechałem do drogi, czyli po około dwustu metrach.
Po dziesięciu kilometrach wzmógł się, a po kolejnej dysze stał się intensywny.
Żeby na każdą stronę patrzeć od jej jaśniejszej strony ( Always Look On The Bright Side Of Life' by Monty Python ) to powiem, że Kraków o tej porze stoi w korkach.
Mijałem te stojące samochody, przemykając środkiem jezdni. Nie wywoływałem jednak wtedy entuzjazmu ani zazdrości u kierowców.
Myślę, że pytanie o to czy mnie przypadkiem nie pogięło, było najdelikatniejszym. Widziałem też kątem oka, o ile pozwalała na to zalana deszcze szybka od kasku, jak samochodziarze widząc mnie, chwalili sobie klimat wnętrza dusznego zazwyczaj samochodu.
Z poczucia tego komfortu i owej wspomnianej lepszej sytuacji, pozwalali mi na to kluczenie pomiędzy pojazdami i życzliwie rozjeżdżali się na boki.
Ba, z wyższością patrzył na mnie nawet pieszy pod tęczowym nomen omen parasolem przechodzący po pasach na zielonym świetle, które mnie przed owymi pasami zatrzymało.
Jeżeli ktoś oglądał japoński horror „Ring” i pamięta dziewczynkę wychodzącą ze studni to potrafi sobie wyobrazić jak wyglądałem wchodząc do przychodni.
Po śliskiej skórze spływały krople które w niższych partiach ubrania tworzyły strumyczki, a te spadały na kamienną posadzkę poczekalni.
Odłożyłem kask i rozpiąłem kurtkę. Nikt nie zadał mi kłopotliwego pytania. Być może wszyscy zajęci byli przeżywaniem tego w jaki sposób badawcza aparatura zaingeruje w ich organizm, a szczególnie w jego delikatne zakamarki.
Mimo rannej pory, termin mojego badania przesunął się o jakąś godzinę co mnie jednak nie zdenerwowało. Niczym ludzie z suchych wnętrz samochodów, myślałem o tych którzy mają wyznaczone terminy na siedemnastą lub później.
Jeden z weteranów szpitalnych kolejek zdradził mi, że kiedyś wszedł o 22.30 choć jego terminem była 18.30. No, to działa na wyobraźnię.
Owa przysłowiowa godzina, dokładnie godzina minęła mi na nerwowym zerkaniu na ekran telewizora. Urządzenie nastawione było na kanał którego nie oglądam, ba z którym w żaden sposób się nie identyfikuję.
Dyskretnie obejrzałem telewizor ale nie stwierdziłem guziczków do zmiany kanałów.
Tak oto w oczekiwaniu na wywołanie swojego nazwiska popisałem się niebywałą wprost tolerancją.
W końcu wywołali.
- Pan Relski – odczytał dokładnie lekarz, a widząc mnie w czarnej skórze z kaskiem w ręce dodał – Proszę nie mówić, że przyjechał Pan tu motocyklem.
- Jakkolwiek by to głupio nie zabrzmiało to przyjechałem motocyklem – rozwiałem złudzenia lekarza - Po prostu wysiadł mi samochód. Myślałem, że się uda i szkoda mi było tych siedmiu miesięcy czekania.
- Dobrze – powiedział doktor – bo profilaktyka jest bardzo ważna.
Kiedy skierowano mnie do przebieralni zauważyłem, że o ile spodnie i kurtka nieco w czasie tej godziny podeschły o tyle buty rozmokły na dobre i wyglądało to tak jakbym wyciągnął stopy nie z butów a z miednicy.
Podchodząc do łóżka znów przypomniałem sobie o tej dziewczynce z „Ringu”
W tym momencie powinienem zostawić ze trzy akapity wolne by oszczędzić sobie wracania pamięcią do tego intrygującego badania.
Niestety program wklejający tekst nie odczuje moich intencji i sklei do kupy tekst, a więc odpuszczę sobie ową przerwę.
Wrócę natomiast pamięcią do wywiadu, czyli owej papierkowej roboty którą powszechnie zawaleni są lekarze.
Imię, nazwisko, matka i takie tam.
- Pan na emeryturze czy może jeszcze gdzieś dorabia – spytał doktor i owa kolejność pytań mnie nieco zaskoczyła. Na chwile tylko. No tak broda

Kiedy jesteś stary i brzydki nie, nie, nie,
nie zużywaj maszynki ani brzytwy
tylko noś, noś, noś długie włosy jak my
Niech cię rodzina z domu wygania,
Niech cię fryzjer z nożycami gania,
a ty noś, noś, noś długie włosy jak my

 
Od pewnego czasu byłem ciekaw jak wygląda mój zarost. Czy z biegiem lat wyglądałbym z brodą niczym Gandalf Biały czy jeszcze jako Szary. O Czarnym już nawet nie wspominam.
No i zapuściłem.
Po tygodniu co nieco już można było zauważyć a po dwóch... Po dwóch tygodniach gdybym był Clooneyem to wyglądałbym tak.



Niestety nie jestem Clooneyem, ale i tak w aptece, pewna młodziutka magister kopnęła się per pedes do sąsiedniej apteki by przynieść mi lekarstwo którego oni nie otrzymali.
Deklarowałem, że sam sobie pójdę ale mi nie pozwoliła.
- Czy ja już tak staro wyglądam ? – zadawałem sobie po raz pierwszy to pytanie.
- Nie to ta broda – oceniała żona gdy opowiedziałem jej apteczną historię.
Teraz jeszcze to podstępne pytanie o emeryturę. Wszystko składa się w logiczną całość.
Broda nieco mnie postarza, no może bardziej niż nieco.
- Widzimy się za dziesięć lat – powiedział uspokajająco doktor, a ja wyraziłem nadzieję, że kiedy zobaczy mnie tu za dziesięć lat z motocyklowym kaskiem w dłoni to przyjmie to z uznaniem a nie zdziwieniem. Przystał na to.
Szybko pożegnałem się i z wynikiem na miarę co najmniej dobrego humoru opuściłem gabinet.
- Bolało – Spytała kobieta która swój kwadrans prawdy miała jeszcze przed sobą
- Ból to indywidualna sprawa – powiedziałem filozoficznie – mnie nie bardzo, ale ja mam to już za sobą.
- Nie Panu zazdroszczę tej jazdy – do rozmowy włączył się młody człowiek - Skuterek?
- Szanowny Panie, zawsze uważałem że prawdziwy facet powinien czuć bak między nogami.
- To tak jak ja.
No proszę i w tę podłą deszczową pogodę, pod gabinetem gdzie wykonują niekomfortowe badania można spotkać bratnią duszę.
Pogadaliśmy trochę o pojemnościach silników ale czas naglił, bo w końcu to ja mam klucze do firmy.
- Szerokości – pożegnał minie młody człowiek
- Dzisiaj to mi wystarczy brak przesadnej ilości kałuż na drodze.
Jakąś ścierką wytarłem siedzenie motocykla. Usadowiłem się na nim i odpaliłem silnik.
Niski miarowy bulgot wypełnił senną chociaż deszczowa ulicę. Dojechałem do przecznicy. Aleje dalej trwały w klinczu, ale znalazłem lukę dla siebie. Uważając na jakże śliskie w tym deszczu tory tramwajowe i białe malunki na jezdni, spieszyłem się powoli bo przecież nic już nie zmieni przysłowiowe pięć minut w tę czy w drugą stronę.
Kiedy wszedłem do biura, deszcz jakby zelżał by za chwilę ustać zupełnie. Spoza chmur pojawiły się pojedyncze promienie słoneczne.
Rychło wczas.
Raz na wozie raz pod wozem można by powiedzieć, bo to przysłowie pasuje doskonale do owej piątkowej pogody pełnej deszczu i tej niedzieli kiedy po południu, w pełnym słońcu przemykałem koło dobczyckiego jeziora.
Mój były dyrektor miał na tę okoliczność inne powiedzenie – Dobry ser, dobra i serwatka.
Co zaś się tyczy brody to po opublikowaniu zdjęcia na Facebooku przeczytałem komentarz od mojego francuskiego brata
- Jesteś gotów by siąść na Harleya Dawidsona.
Może i tak. Może jestem już gotowy. Tylko czy brak widocznego mięśnia piwnego nie zaburza nieco tego harleyowskiego wizerunku?
Ciekawość zaspokoiłem i pewnie mógłbym tę brodę zgolić ale na przeszkodzie stoi mi teściowa.
- Zgól tę brodę bo ci nie jest dobrze
No i co ? Znacie takiego normalnego faceta który ulegnie presji teściowej?
O nie. Nawet gdybym miał wyglądać już nie jak Clooney a Hemingway.



piątek, 28 kwietnia 2017

Po drugiej stronie czerwonej linii

Żyję.
Mam się nawet całkiem nieźle po tej drugiej stronie czerwonej linii, za którą nie ma miejsca dla relacji, streszczeń i tego całego jakże modnego ekshibicjonizmu.
Coś tam pcham do przodu, coś tam sobie obiecałem do realizacji na koniec dekady.
- Podziwiam konsekwencję Antoniego – powiedziała do mojej żony, nasza wspólna przyjaciółka.
Dobry Boże, gdybym tak mógł być równie konsekwentny kiedy to było najbardziej potrzebne.
- Po prostu nie byłem konsekwentny – oceniam czasem jakiś fragment mojego życia. Tak prawdę powiedziawszy nie jestem jeszcze pewien czy jest to z mojej strony autokrytyka, czy raczej usprawiedliwienie.
Człowiek dojrzewa z wiekiem. Czasem jednak jest to jednak wieko od trumny.
Ciesze się, że przyszło to na mnie jednak trochę wcześniej.
I to już jest jakiś pozytyw i powód do radości.
I być może mało tu radości na początku długiego weekendu, bo i pogoda taka sobie, a wiadomości dochodzące ze świata gorsze od aktualnej prognozy pogody.
Żeby całkiem nie zwariować czytam więc te doniesienia szkiełkiem i okiem ale nie mędrca a szydercy i szczególarza. Do tego ostatniego to chyba mam talent.
Syn jednak nie nazywa tego talentem, tylko kolejnym natręctwem.
Synu. I tak Cie kocham.
No więc doczytałem się, że tworzy się w naszym kraju nowe stanowisko

Tak wynika z tego nagłówka. Dlaczego jednak w buty suwerena wchodzi Rada Mediów Narodowych? 
Czy to już najwyższe z możliwych stanowisk?
Nie!. Ponoć najwyższym z możliwych jest Prezes Świętej Trójcy.
Nie słyszałem jednak o konkursie na to stanowisko. Z pewnością rozegra się wyłącznie wśród swoich.
Wysokie stanowiska wymagają wysokich lub co najmniej nietypowych umiejętności.
Czytam ja sobie oto, że 


Teraz robię zdjęcia komórką. Kiedyś do tego celu używałem profesjonalnej lustrzanki chociaż i ja miałem fantazję, wykonując portret za pomocą risografu czyli praprzodka kopiarki. W ogólniaku za namową ulubionego fizyka użyłem camery obscura. Nigdy zaś nie fotografowałem się własnym synem, o cudzych synach zwłaszcza tych znanych rodziców nie wspominając.
Pewnie dlatego jestem tu gdzie jestem, narzekając, że byłem niekonsekwentny
- Wolę być człowiekiem – można by podsumować.
To odpowiedź dla tych którzy uważają, że można być tylko albo człowiekiem, albo członkiem ( w swej wulgarnej odmianie na „h” lub jak chce część polonistów na „ch”).
Co więc powiedzieć o tym facecie?




Można użyć określenia jakiego pewna dowcipowa  żaba użyła dla określeniu słonia -  „O, esteta z h...m na głowie”
To w dowcipie. Jak jednak widać, życie prześcignęło dowcipy i kabaret
A sedno leży ponoć w samym uchu w „Uchu prezesa”
Przypominam sobie jak w czasie stanu wojennego jadłem czekoladę a w zasadzie wyrób czekoladopodobny na którego szarym opakowaniu ktoś radośnie zrymował  -  „I w kryzysie nie damy się”
No nie damy się,  tylko dlaczego coraz częściej składamy dłoń według poniższej instrukcji


Ulżyłem sobie?
Pewnie tak. Na trochę wystarczy. 
Reklamuję, że blog wolny od polityki a tu takie wynurzenia.  Tylko czy w tych czasach można żyć bez polityki?
Dość!.
U mnie zaś awaria przedniej opony motocykla, w bezpośredniej bliskości długiego weekendu. Delikatnie mówiąc rozwarstwiła się.
Na przekór sobie nie kląłem z powodu niespodziewanych wydatków, a byłem wdzięczny opatrzności, że zauważyłem to wychodząc z przychodni, a nie doświadczyłem tarcia ryjem o chwasty przydrożnego rowu.
Zamówiona opona szybko do mnie dotarła z pomocą kuriera i trochę tylko trwało znalezienie kogoś kto ją profesjonalnie wymieni.
Wulkanizator nie był tu dobrym adresem. 
Serwis motocyklowy skroił jak za wymianę kompletu zimówek, chociaż przywiozłem na miejsce felerne koło które samodzielnie zdemontowałam a potem zamontowałem
Udało się.
Niecierpliwość moja została wynagrodzona.
Owa wspomniana niecierpliwość której udoskonaloną wersję widzę w zachowaniu mojego syna. Geny.
Jeżeli jednak w czasie długiego weekendu będzie lało to cała ta inwestycja z niecierpliwością okaże się psu na buty.
Pies zaś się w tej kwestii nie wypowiada się, przyjmując iście stoicką postawę.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Trafić w sedno

 
W każdym kraju funkcjonują powiedzenia
Co się nawet i mądrością zwą narodu.
Pozwalają one jemu dzielnie przetrwać
Gdy nadchodzi zły czas głodu oraz chłodu

Bo mądrości owe, nazywane także przysłowiami
Znajdą radę na niejedną dolegliwość
Jak mówiły, tak się przecież zwykle staje
Chociaż w słowach jest widoczna powściągliwość.

Wszak i słów nie trzeba przecież wiele
Aby trafić w sensu środek czyli sedno
Jedno mają owo sedno raczej w dupie
Innym zaś już nie jest jednak wszystko jedno.

Wnioski same się się nasuną niczym kołdra
Chociaż ta tendencje raczej ma przeciwne
Mało ludzi którzy mądrze tworzą zdania
Cała zgraja ot tak sobie pieprzy dziwnie

W pracy, w szkole oczywiście w telewizji
Co ktoś z woli suwerena ja starasił
Pojawiają się klienci z taką mową
Jakby owo sedno ktoś złośliwie im wygasił.

I myślałem, że to jakaś jest głupota
No bo sedna przecież zgasić niepodobna
Aż spotkałem rzecz w markecie budowlanym,
Co po cenie to jest raczej chyba drobna

„Włącznik sedna” - przeczytałem na kartonie
Co na zakup swoją treścią chciał namówić
„Włącznik sedna” rozdziawiłem twarz w podziwie
Trzeba szybko oraz dużo tego kupić

W Sejmie, w Rządzie, w Kancelarii Prezydenta
Zamontować zaraz trzeba nim się wyda
W szkole, w pracy i w urzędzie i w kościele
A i w domu oczywiście też się przyda

Zaraz potem gdy zobaczysz gdzieś człowieka
Co to pieprzy jakby zadania nie mógł skończyć
To ty jednym naciśnięciem przełącznika
Owo sedno szybko znajdziesz czyli włączysz.